Pani Elżbieta Rogowska znana jest naszym czytelnikom z publikacji na temat jej twórczości malarskiej. Jednak tym razem zaprezentowała się z zupełnie innej strony i ujawniła swój talent literacki. List, którym się z nami podzieliła, adresowany jest do Córki i został napisany na potrzeby konkursu zorganizowano przez „Stowarzyszenie Dziennikarzy i Dokumentalistów KONCENTRAT”. Utwór spotkała się z uznaniem jury i otrzymał bardzo przychylną recenzję, którą można przeczytać pod listem. Serdecznie zapraszamy do lektury.

 

Moja Kochana Córeczko!

Wsiadłam już do pociągu, mam wygodne miejsce przy oknie, minie kilka godzin i będę na miejscu, nad naszym pięknym morzem. I choć to już październik, odpoczynek tam jest taki cudowny. Wiejący wiatr od morza przepełniony jest jodem i tylko promienie słoneczne są coraz słabsze. Mam nadzieję, że zdążę na popołudniowa transmisję z przesłuchania kolejnych kandydatów tej edycji Konkursu Chopinowskiego. Czasami tak sobie myślę, że jakby to było cudownie gdybyś i Ty brała w nim udział. Wiesz przecież, że słuchanie muzyki fortepianowej jest moją największą przyjemnością, ale cóż mieszkanie w bloku nie pozwoliło mi na to abyś mogła uczyć się grać.

Nie pamiętam już czy Ci kiedykolwiek opowiadałam o moim rodzinnym domu, w którym muzyka rozbrzmiewała od rana do wieczora i to nie za pomocą elektronicznej aparatury. Mieszkaliśmy w starej kamienicy na pierwszym piętrze. Nad nami mieszkało bezdzietne małżeństwo, tacy przyszywani ciocia i wujek. W naszym mieszkaniu w jednym z pokoi stał fortepian. Małe, lakierowane, brązowe skrzydło firmy austriackiej. Z tym fortepianem wiąże się bardzo smutna historia. Moja Mama opowiadała mi, że ojciec koniecznie chciał, aby jego dzieci uczyły się grać na tym instrumencie. Kupił więc dla mnie i mojego rodzeństwa fortepian. Bardzo cieszył się z tego zakupu. Fortepian w ciągu dwóch tygodni miał być dostarczony do naszego domu. I wtedy stała się największa tragedia jakiej może doświadczyć małe dziecko. Miałam wtedy 7 lat i w ciągu tygodnia nagle zmarł mój ojciec. Fortepian dojechał do naszego domu w tydzień po jego pogrzebie. Mama wypełniła wolę ojca i zapisała mnie do szkoły muzycznej. Od tej chwili muzyka na zawsze zagościła w moim sercu i duszy. Chodziłam do szkoły muzycznej, ćwiczyłam w domu nudne etiudy i gamy, chciałam i nie chciałam grać, lubiłam i nie lubiłam tego fortepianu. A do tego rytmika i solfeż, no po prostu coś strasznego. Cieszyłam się jedynie z występów szkolnych, bo wtedy najważniejsza była ładna sukienka i kokardy we włosach. Minęło kilka lat żmudnych ćwiczeń i dorosłam już do momentu, kiedy spod moich palców płynnie wydobywała się melodia. Pamiętam piękne utwory, które grałam już dość swobodnie i mogłam nawet przyjąć pozę pianistki. Musiało to śmiesznie wyglądać, ale pomogło mi to dawać domowe koncerty.

Wspomniałam Ci, że nad nami mieszkało przyszywane wujostwo – muzycy, u których w jednym pokoju stało czarne pianino, a w drugim fisharmonia. Ciotka do tego jeszcze śpiewała naturalnym nieszkolonym sopranem. Jedni się zachwycali, inni dostawali białej gorączki. Repertuar miała taki salonowy, niemiecki, ale popisowym jej numerem była aria Jontka z opery Halka. Do dzisiaj brzmi mi w uszach to „oj Halino, oj dziewczyno”. Rozpoczynając występ, otwierała drzwi balkonowe aby melodia szeroko płynęła na ulice. Otóż kiedy już nie mogłam słuchać tego sopranu koloraturowego, siadałam przy fortepianie, też otwierałam drzwi balkonowe i leciałam na najsilniejszym forte II Rapsodię Węgierską Liszta. I tak się siłowałyśmy „kto kogo”. Najczęściej ciotka rezygnowała, bo głos jej się załamywał i zaczynała fałszować. No bo jak tu śpiewać „oj Halino”, gdy z dołu przedzierała się ognista rapsodia. Czasami pozwalałam jej na godzinny koncert kiedy dopadała ją wena, ale później przerywałam ten występ jakimś rock and rollem. Po jakimś czasie wprowadziłyśmy grafik kto i kiedy może grac. Najzabawniejsze jednak były sceny, kiedy to szanowne wujostwo, z jakiegoś tam powodu pogniewało się na siebie. Zawsze wiedzieliśmy kiedy to się stało, ponieważ po takiej małej kłótni, ciotka siadała w jednym pokoju do pianina, a wujek w drugim do fisharmonii i w efekcie nakładały się na siebie „oj Halino” i fuga i toccata Bacha. Mało tego, wtedy wkraczałam ja i z cala siłą grałam coś temperamentnego lecąc oktawami po całej klawiaturze. Ja wytrzymywałam tę cała zabawę, ale moje szanowne wujostwo po jakimś czasie, podawało sobie nawzajem krople uspokajające i już pogodzeni schodzili do nas na herbatę.

A więc widzisz moja droga córeczko, taki to był dom – i wesoły i trochę złośliwy, ale wszyscy bardzo się kochaliśmy i czuliśmy się bezpieczni. Koncertów Chopinowskich słuchaliśmy zawsze wieczorem chyba w czwartki z radia, a programu pilnował mój brat. Do dzisiaj na mojej półce stoi Przewodnik Koncertowy z zaznaczonymi utworami, których wysłuchiwaliśmy.

Kończę już, bo niedługo dojeżdżamy do stacji . Musze się spakować i ściągnąć torbę z półki, chyba kogoś poproszę bo sama nie dam rady. Pisz i dzwoń do mnie często, zostanę tu przecież cały miesiąc.

Za chwile wcisnę „wyślij”

Całuję, Mama

***

Fragment recenzji listu Pani Elżbiety: 

– Przeczytaliśmy Pani tekst z dużym zainteresowaniem – i nie jest to pusty komplement. Zręcznie wykorzystała Pani klamrę – wsiada Pani do pociągu i zaczyna pisać list, podróż dobiega końca – kończy się też list. Z kolei wątek Konkursu Chopinowskiego pozwala Pani w naturalny sposób wrócić do przeszłości – do wydarzeń dramatycznych (śmierć ojca) i komicznych (rodzinne potyczki muzyczne). Obecny w każdej opowieści fortepian staje się świadkiem (wcale nie milczącym) rodzinnej historii i Pani dorastania.

Często powtarzamy, że to konkret buduje opowieść i w Pani tekście doskonale to widać – słyszymy, jak Pani przyszywana ciotka sopranem koloraturowym śpiewa „Oj, Halino!”, widzimy, jak Pani otwiera drzwi balkonowe i zaczyna grać II Rapsodię Węgierską, wyobrażamy sobie te krople uspokajające i tę wspólnie pitą herbatę. To szczegóły sprawiają, że lepiej możemy poczuć atmosferę panującą w Pani rodzinnym domu i zrozumieć, dlaczego muzyka stała się dla Pani tak ważna, choć widzimy też, że nie była to łatwa miłość („chciałam i nie chciałam grać, lubiłam i nie lubiłam tego fortepianu”). Udało się Pani tym sposobem ocalić kawałek rodzinnej historii i opowiedzieć o ludziach, których już nie ma.

Z pewnością ma Pani lekkie pióro, używa Pani obrazowego, żywego języka („jedni się zachwycali, inni dostawali białej gorączki”, „wtedy wkraczałam ja i z cała siłą grałam coś temperamentnego”), dlatego ten list czyta się z duża przyjemnością. – recenzuje Pani Anna Błaszkiewicz ze „Stowarzyszenia Dziennikarzy i Dokumentalistów KONCENTRAT”.